Gorczańska wiosna

Mogłoby się zdawać, że godzina i piętnaście minut to czas więcej niż odpowiedni, żeby zwlec się z rana z łóżka i przygotować do wyjazdu w góry. Jednak kiedy zaraz po pobudce łazienka jest zajęta, zawartość plecaka leży obok niego na podłodze, zawartość bułek leży obok nich w kuchni, a potem woda podczas porannego prysznica typu tzw. „szybkiego” jest tak rozkosznie gorąca, to zegary stają się bardzo złośliwe. A kiedy okazuje się, że brat kupione dla niego pieczywo i jego nadzienie zabiera osobno w formie „zrób to sam”, to czy nie ulitowalibyście się nad takim stworzeniem i przy okazji nie przygotowali mu prowiantu?

Kiedy już podjechałem po Izę na Orlen, opowiedziała mi całkiem wiarygodną historię pt. „Dlaczego spóźnienie Michała nie było żadnym problemem” z jakimś przedmiotem pozostawionym w mieszkaniu w roli głównej (dzięki, Iza!). Kolejny do odbioru był Arek, rzut kamieniem dalej, w centrum Gliwic. Kiedy już zebraliśmy drużynę, wyruszyliśmy w drogę.

Podróż do Koniny upłynęła nam na rozmowach przy akompaniamencie kapel metalowych i folkowych i piękniejącej z każdą chwilą pogodzie. Bez większych przygód (jeśli nie liczyć „nerwicy drogowej” pewnych państwa, którym auto się zepsuło na rondzie w Myślenicach) dotarliśmy pod kościół w Koninie. Gdyby ktoś miał odpowiednią aparaturę, to w moim umyśle odnotowałby w tamtym momencie nagły skok dobrego nastroju do poziomu ok. 200%.

Zadzwoniliśmy do drużyny „Mazda”. Okazało się, że pozostaje im wciąż około pół godziny drogi, dlatego mój wzrok natychmiast pobłądził w stronę okolicznych wzgórz w poszukiwaniu dobrego punktu widokowego. Jeszcze chwila jazdy szosą wijącą się między drobną zabudową i znaleźliśmy się na podjeździe stromym jak szlak do Pięciu Stawów. Uznałem, że świetnym pomysłem będzie uwiecznienie mojego autka w tym ekstremalnym miejscu, szczególnie że skoda ostatnio odwykła od roli modelki. Zaciągnąłem więc ręczny i obszedłem pojazd w poszukiwaniu dobrego kadru. Powstało w ten sposób kilka zdjęć…

…oraz jeden kluczowy problem. Przy próbie ruszenia autu albo brakowało nieco obrotów, żeby ruszyć, albo wręcz było ich za dużo i przednie koło buksowało. Raz nawet skoda zjechała w tył ze 20 cm, zanim zaciągnąłem hamulec, co u Izy wywołało palpitację serca. Jednak przy czwartej lub piątej próbie, po dobrym wsłuchaniu się w silnik, auto po mału ruszyło pod górkę i chwilę później wysiedliśmy na nieco rozmokniętej końcówce dróżki. W swojej percepcji rzeczywistości zwiększyłem czułość na kolor fioletowy. Efekt był natychmiastowy i raczej niespodziewany, bo zaledwie po kilku krokach z krawędzi błotnistej dróżki ugodził mnie w oczy pojedynczy impuls fioletu pochodzący od rosnącego pod ogrodzeniem szafranu wiosennego. W tamtej chwili wraz z Arkiem i Izą stwierdziliśmy, że misja została zakończona powodzeniem i możemy wracać do domu 🙂

Pozostaliśmy jednak przy wariancie trasy powrotnej przez Turbacz. Póki co mieliśmy inną górkę do zdobycia – porośniętą jakimś zmarniałym, uprawnym zielskiem, spośród którego gdzieniegdzie wystawał krzew czy też drzewo. Wśród trawy raz po raz wychylały kielichy krokusów – a to pojedynczo, a to grupkami po kilka. Czułem, że roznosi mnie energia, więc wbiegłem na szczyt, który był łagodną kopułą z panoramicznym widokiem na Koninę i okoliczne góry. Potwierdziły się moje przewidywania odnośnie ilości śniegu. Jedynie zalesione grzbiety i odsłonięte polany okryte były resztkowym śniegiem, ale raczej powyżej 800 m, upodabniając góry do lukrowanego, piernikowego tortu. Po chwili dołączyli do mnie pasażerowie i przez chwilę wspólnie delektowaliśmy się ciszą, chłonąc krajobrazy. W pewnej chwili mój zrelaksowany mózg spłodził pomysł na aplikację mobilną wspomagający identyfikację szczytów i kolejny kwadrans omawiałem z Arkiem technikalia takiej apki (zboczenie zawodowe ^^).

Niebawem znów zawitaliśmy pod kościołem w Koninie, gdzie zajechał też Krzysztof z ekipą. Im też wyraźnie dopisywał humor – roztrząsali jakąś kwestię związaną z nieznajomością śląskiego przez mojego brata i bardzo im było przy tym do śmiechu. Przywitaliśmy się z Miziolem i uzgodniliśmy strategię ataku na szczyt. Iza, oczywiście, była już dobrze zorientowana w sytuacji: zidentyfikowała na mapie parking jak i ścieżkę łączącą go ze szlakiem. Ścieżka okazała się jednak za długa na nasze standardy, więc po wysadzeniu pasażerów na parkingu postanowiliśmy auto zostawić bliżej głównej drogi, gdzie zaczyna się czarny szlak. Trzeba było jeszcze zawieźć auto na miejsce docelowe, czyli do Olszówki! Zajęło to mnie i Krzyśkowi pół godziny z kawałkiem, a że zabrała się z nami Karolina, to powrót umilały nam hity kalibru „Dżesiki” i „Andżeliki”.

Zaczęliśmy wspinaczkę. Oznajmiłem drużynie, że pierwszy odcinek szlaku jest najstromszy: przewyższenie 600 m. na odcinku 4,7 km, co daje średnie nachylenie ok. 7 stopni. Przy czym w pewnym miejscu wysokość zmienia się o jakieś 250m na dystansie mniej niż 1 km, a więc stromizna rzędu 14 stopni. Było tak w istocie i te pierwsze wyniosłości wyraźnie były nie w smak Karolinie. Na szczęście szlak prowadził przez las i dawał osłonę przed słońcem. W lesie było zacisznie i przyjemnie; marsz umilaliśmy sobie rozmową.

Na trasie zrobiliśmy kilka większych postojów, większość w miejscach oferujących uciechę dla oczu. Od pewnego momentu zaczęliśmy iść przez śnieg. Był wilgotny, lekko zbity i miejscami grząski. Momentami zapadałem się po kolana, ale poza tym szło się bez trudności. O ile przed wyjazdem nieco martwiłem się topniejącą wraz ze śniegiem ilością ochotników, tak podczas samej wspinaczki ten problem całkiem stracił dla mnie znaczenie. Rozmowy, które toczyliśmy, momentami zahaczały o ważne kwestie życiowe. Miziol okazał się dobrym towarzyszem wędrówki i mówił ciekawie o pracy i podróżach.

W pewnym momencie zatraciliśmy się w rozmowie na tyle, że zboczyliśmy ze szlaku, idąc czyimiś śladem na szczyt niewielkiego, zaśnieżonego pagórka. Tam oceniliśmy sytuację i wyszło na jaw, że część ekipy, w szczególności ja i Karolina, mamy przemoknięte od śniegu buty. W drodze na szlak przycupnęliśmy pod choiną, wokół której śnieg z jakichś powodów był wytopiony. Tam Karolina została przysposobilona do dalszej drogi poprzez założenie foliowych worków na stopy, wymianę skarpetek i zamontowanie stuptutów. W tej czynności usługiwały Karolinie jej dwa miniony, mój brat oraz Angel („Endżel” to określenie, którym podczas wyjazdu zacząłem określać Krzyśka i sprawiało mi to wielką uciechę 😀 ). Karolka otrzymała tym samym bonusy +5 do odporności na zimno i wilgoć oraz +5 do morale.

Niebawem znów weszliśmy w las. Szlak piął się łagodnie i jednostajnie w górę. Z zarośli wypływały raz po raz strumienie; tu i ówdzie rosły wiosenne kwiatki. Las w pewnym momencie przerzedził się i ustąpił polanie – rozległej i oznakowanej na wstępie tablicą „torfowiska azotowe” z opisem programu, z którego finansowana jest ochrona hal na zboczach Turbacza. W butach miałem mokro, a słońce chyliło się ku zachodowi. Przecięliśmy polany prezentujące typowo kwietniowy, wiosenno-zimowy mix śniegu, błota, zdechłozielonej trawy i krokusów. Po chwili podziwialiśmy już inny widok z tarasu widokowego schroniska: spowite lekką mgłą i drobnymi chmurkami, odległe i majestatyczne, zaśnieżone Tatry.

Schronisko zaskoczyło nas pozytywnie pod wieloma względami. Można było płacić w nim kartą. Oferowało suszarnię. Porcje zup i innych posiłków były sensownie duże. Wynagrodziliśmy sobie trudy obfitą i smaczną strawą. Wisienką na torcie był standard naszego apartamentu, który w zupełności sprostał naszym oczekiwaniom! Zdawał się być wręcz idealnie skrojony na nasze potrzeby. Iza znalazła dla siebie wyizolowaną, skórzaną kanapę w centralnym pomieszczeniu, Karolka z Krzyśkiem zaszyli się w dwuosobowym pokoju, a ja z chopakami mieliśmy swoją czteroosobową sypialnię.

Pierwsza część wieczoru upłynęła nam na relaksacyjnym wylegiwaniu się jak jakieś gady na plaży trawiące większą zwierzynę, słuchając hitów zapożyczonych od Karoliny, raz po raz przerywanych jej radosnymi piskami i śmiechem dobiegającymi zza ściany. Później zmotywowałem towarzystwo do gry w Dixit. Dla większości towarzystwa była to nowa gra, ale sprawdziła się jak zwykle doskonale. Masze mózgi zostały powykręcane przez niektóre skojarzenia jak ręczniki po praniu u Pudziana; nieraz pomysły były naprawdę zaskakujące albo po prostu ciekawe. Ostatecznie ograłem żółtodziobów, choć Iza i Arek wykręcili przyzwoite wyniki. Następną grą w repertuarze było „Mamy szpiega” – gra blefu i manipulacji ograniczonymi informacjami. Tu również rozgrywka przysporzyła nam dużo radości i ostatecznie poszliśmy spać po północy w ambitnymi planami na poranne oglądanie wschodu słońca.

O poranku sprawnie przeskoczyłem sapiący kamień, którym zdawał się być Aro, i razem z trójką innych śmiałków wyszliśmy na orzeźwiająco chłodny poranny spektakl. Wielka pomarańcza wychyliła się zza grzbietu najpierw jakby nieśmiało, a po chwili już całkiem ochoczo i zaczęła razić nas po oczach.

Pozostałem chwilę z aparatem Izy licząc na ciekawą grę świateł na masywie Tatr, ale nie doczekałem się i wróciłem do łóżka.

Wspomnienie z dalszej części poranka to gorąca herbata w termosie, rozłożona mapa, radosne piski Karoliny, ciepłe światło słońca w naszej małej kuchni, śmiech, suche buty, spakowane plecaki. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę szczytu Turbacza. Błękit nieba nastrajał nas pozytywnie.

Do szczytu dotarliśmy sprawnie i zrobiliśmy kilka grupowych zdjęć pod oznaczającym go dwumetrowym obeliskiem. Dalszą drogę najtrafniej opisze chyba miano „górskiego haju” – szedłem z bananem na twarzy po delikatnie nachylonej w dół bądź płaskiej ścieżce, otoczony budzącą się do życia przyrodą, pod czystobłękitną kopułą nieba, w ulubionym towarzystwie.  Śnieg mienił się odbitym światłem. Szlak miejscami był oblodzony i łatwo było się pośliznąć. Wzmógł się również ruch pieszy, ale jedynie w przeciwnym kierunku, czyli w stronę Turbacza. Nasza droga prowadziła do gwarnego, upakowanego ludźmi schroniska na Starych Wierchach. Po chwili wahania i pogawędce uciętej z turystą, który okazał się dawnym absolwentem Politechniki, potulnie dołączyłem do głodomorów czekających już w kolejce. Skorzystałem z faktu, że Arek dysponował gotówką i zamówiłem pierogi mięsne i grillowany oscypek z żurawiną. Wybór okazał się idealny. Zaspokoiwszy potrzeby skierowaliśmy się w stronę Maciejowej.

Z ciekawszych atrakcji na trasie warto wspomnieć bajoro, gdzie odbywała się wiosenna, żabia orgia.

Pochłonięty rozmową najpierw z bratem i Arkiem, a później Izą, dotarłem niepostrzeżenie na charakterystyczne Maciejowskie polany, gdzie drewniane poręcze wiodą w stronę bacówki. Urządziliśmy niedługi piknik na polanie z widokiem na Luboń i odległą Babią, wcinając żelki Angela i przyglądając się dzieciom aportującym badyle.

Reszta trasy prowadziła najpierw przez las, a później szutrowymi oraz utwardzonymi drogami wśród polan z widokami na łagodne, łaciate gorczańskie stoki. Oddałem się dyskusji z Arkiem na tematy wszelakie, a musicie wiedzieć, że dyskusje z Arkiem są dla mnie zawsze fascynujące i dogadujemy się świetnie. Tym bardziej się cieszyłem, że Aro nareszcie dołączył do zacnego grona Góroholików.

Podróż powrotna autem na zwieńczenie wyjazdu była dla mnie jak zwykle przyjemnością, bo to kolejna okazja do posłuchania muzyki i pogaduchów.

Ogólna ocena wyjazdu w skali 10-stopniowej: 11!


Zobacz trasę:

2 odpowiedzi do “Gorczańska wiosna”

  1. Dzięki za relację! Bardzo miło się czytało, a kilka wspomnień i sposób ich opisania wywołało uśmiech. Ta rzecz, której zapomniałam to było frisbee. Przydało się jak czekaliśmy na Was i samochody. No i nie wspomniałeś o kolejce na Starych Wierchach. Była na tyle długa, że Karolka z Krzyskiem zdążyli wpisać się do Księgi Gości 😉 A ten szczyt, który zdobyliśmy czekając na ekipę z Mazdy wcale nie był taką łagodną kopułką 😉

    1. A ja dziękuję za pierwszy komentarz na blogu! ^^ Pozwoliłem sobie pominąć opis stania w kolejce, nie chcąc przedłużać zbytnio posta. Ale od czego mam towarzyszy – moją kolektywną pamięć 😀
      Co do pierwszego szczytu: pozostańmy przy wersji, że zdania są podzielone. Byłem pod wpływem środków psychoaktywnych (endorfina, pogoda, panoramy), więc nie ręczę za trafność oceny 🙂

Odpowiedz na „MichałAnuluj pisanie odpowiedzi

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.